niedziela, 6 listopada 2011

Miejska przyrodnicza rzadkość

Takie przypadki przyrodnicze rzadko się zdarzają, a już nie o tej porze roku i dnia. Siedziało toto w tramwaju, rozparte szeroko, przy pięknej dziewoi, która ze strachu omal nie wpadła w odmęty książki, którą trzymała w dłoniach, jako że w przepaść rzucić się nie mogła. Toto było niepodważalnie płci żeńskiej, sądząc przynajmniej po przyodzieniu. Prawdziwa, ziejąca siarką smoczyca. Naprawdę! Nikt nie śmiał jej spojrzeć w twarz, nikt nie śmiał zwrócić uwagi, że picie piwa w środkach komunikacji o 8 rano, nie jest dozwolone, a bekanie na cały głos publicznie jest nieprzyzwoite. Dziewczę było przestraszone i na najbliższym przystanku wysiadło pospiesznie. Smoczyca tymczasem rozparła się na dwóch siedzeniach, tylne odnóża zarzuciła na przeciwległe siedziska, beknęła sążniście i rozejrzała się zamglonym wzrokiem wyraźnie szukając zaczepki. Puszkę po piwie rzuciła przed siebie, wydała z czeluści gardzieli kolejny dźwięk odpowietrzający przewód pokarmowy i spod półprzymkniętych powiek, z lekka przysypiając lustrowała sąsiednie fotele, gotowa zareagować kipiącą agresją na wszelkie objawy niesubordynacji współpasażerów.

Smoczyce w tramwaju o tej porze dnia to rzadkość. Ta była wyraźnie zadbana, napojona, zionąca siarką, jeszcze świeżą, nieprzetrawioną. 

Nie znam się na zwyczajach smoczyc i zastanawia mnie czy jechała do paśnika w urzędzie pracy po zasiłek, czy też może zasilona energią po jakoweś prowianty dążyła. Ciekawe. Niestety nie dane było mi dokończyć obserwacji, ponieważ moje prywatne sprawy zmusiły mnie do opuszczenia tramwaju, ale spotkanie smoczycy o tej niezwykłej porze i w tak niezwykłym dla tego gatunku miejscu było doświadczeniem niesamowitym. ;)


czwartek, 27 października 2011

Zen...

Wiem dobrze, że chaos w duszy to chaos w życiu. I jakoś usiłuję sobie z tym poradzić. Lubię mieć uporządkowane miejsce dookoła siebie, tymczasem kiedy w mojej duszy bałagan, to i jakoś trudno mi zebrać się w sobie i zapanować nad codziennością. Zrobienie najprostszych rzeczy urasta do rangi problemów, a podjecie decyzji to jak wybór miedzy życiem a śmiercią. :) No i muszę sobie radzić sama. Ani z kim podzielić radość ani odpowiedzialność. Branie się z życiem za bary jest takie męczące. Codziennie rano trzeba na nowo odnajdować sens otwierania oczu, wypełniania obowiązków, chodzenia do pracy (niestety) i powrotów do domu. Mam szczęście jednak, że otaczają mnie życzliwe osoby, przyjaciele, którzy o sobie nie dadzą zapomnieć, bo wiedzą, że tylko niewydeptywana ścieżka przyjaźni zarasta. Jednak zmaganie się z codziennością łatwiej idzie w dwójkę, rodzinnie. Mimo wszystko. Z drugiej jednak strony, za żadne skarby nie chciałabym wrócić do poprzedniego życia. Ciężko czasem i smutno, ale  poczucie strachu, beznadzieja, poniżenie, upodlenie to za mną. Mam taka nadzieję. :)

Muszę poukładać świat wokoło siebie. To mi pomaga. Może nie gruntowne feng-shui, ani generalne porządki, ale harmonia, symetria, brak nagromadzenia rzeczy. Zen.

niedziela, 18 września 2011

Tresura

Blizny nadal bolą. Myślałam, że dusza już oczyszczona, a to jedynie muł opadł na dno i niewielkie zmącenie powoduje, że unosi się na powierzchnię i zanieczyszcza duszę szlamem i brudem.

Wieczorem idąc na spacer z psem usłyszałam kłótnię okołoalkoholową, z mieszkania na piętrze, w domu niedaleko mojego. Przez okno wylatywały wyrzucane męskim głosem wszelkiego rodzaju inwektywy najcięższego kalibru, groźby karalne i obietnice jak najbardziej mające pokrycie w pięściach i posturze, skierowane ku drugiemu osobnikowi płci męskiej. Wtórował mu dyszkant kobiecy usiłujący powstrzymać przekucie słów w czyny. I najwyraźniej również własnym ciałem zasłaniający narażonego na słowne i fizyczne ciosy. W sumie sytuacja niemal co weekendowa kiedy okoliczni mieszkańcy mojej dzielnicy w sobotni wieczór rozluźniają swoje ciała i dusze pokaźną dawką alkoholu. A mimo oddalenia (kilka pięter, podwórko), mimo tego, że byłam tylko bezimiennym spacerowiczem z psem, moje ciało sprężyło się całe jakbym to ja miała otrzymać te wszystkie razy, krew zaczęła krążyć intensywnie przez skurczone adrenaliną tętnice. Mózg opanował atawistyczny lęk: uciekać, schować się, skulić. Zmysły wyostrzyły się przygotowując się na przewidywanie ciosów, uniki, obronę. Jak zaszczute wytresowane zwierzę. 

Nadłożyłam drogi wracając, zanurzyłam się w ciemność zaułków, w które nigdy nie odważyłam się zapuścić, byle nie spotkać się z kipiącą lawą agresji, która zdążyła wypłynąć na podwórko. Szybkim krokiem, pod murami, jak szczur przemykając, żałowałam, że cholerny pies jest biały. Żeby tylko mnie nie zauważyli, żeby tylko nie pomyśleli, że ich podglądam, że czegoś chcę, że coś widzę, że oceniam, że...

Serce mocno biło jeszcze po dotarciu do domu. Czy ten strach nigdy mnie nie opuści? Czy zawsze będę reagować jak maltretowany pies na podniesioną rękę, chociaż to już nie jest ręka pana?

Ja była żona alkoholika.

wtorek, 6 września 2011

Czas i ogórkowa

Przekonuję się boleśnie, że posiadanie wrażliwej duszy, życia emocjonalnego głębszego niż fejsbukowe i przeżywania stanów myślowych wykraczajacych poza banalną frazeologię kolorowych tabloidów i pseudopsychologicznych czasopism ślizgających się po wierzchniej warstwie ludzkich przeżyć jest bardzo passé i nieżyciowe.
Nie należy zbyt długo rozpaczać nad przeszła miłością, nie wolno przezywać straconych przyjaźni. Należy szybko zastąpić je nowymi. Nowe fascynujące przeżycia, szybko, już teraz. Czas. Teraz czas stał się wrogiem. Wszystko musi być zrobione szybko, a co za tym idzie powierzchownie. Mężczyznom przestało się chcieć wysilać. Czy to szukajac nowych zwiazków, czy to w małżeństwie. Już za samo bycie mężczyzną oczekują hołdów. Kobiety szukajac nowych wrażeń stają się przesadnie roszczeniowe nie dając nic w zamian: chce być jednocześnie feministką i utrzymanką. Nikomu nic się nie chce. Bo po co. Wszystko co się znudzi można zastąpić czymś lepszym, czymś co mile połechce próżność. Nie ma ludzi niezastąpionych. Gadżety na wymianę. Nowsze, lepsze bardziej dizajnerskie. Wielka wymiana ludzi i uczuć w każdym sezonie.
Bo przecież kontakt z tą samą osobą od lat jest nudny. Bo ludzie się nie zmieniają. A to błąd w założeniu. Zmieniają się.
Jeśli chcą. I czują potrzebę, nie tylko dla siebie , dla innych, jeśli im zalezy. I za każdym razem może być inaczej. Za każdym razem może być ciekawie. Bo może znienawidzona ogórkowa może zacznie smakować. Tylko wystarczy zmienić przyprawy.

piątek, 5 sierpnia 2011

Spacerkiem po Urzędowie...

Wędrówka po urzędach zakończona pełnym sukcesem - bez kolejek i bredni wygadywanych przez idiotów w okienkach. 

No może poza Panią z ZTM, która nijak pojąć nie mogła, że ktoś może nie być zorientowany w zawiłościach biletowo-sieciówowo-liniowo-schematowych i bladego pojęcia nie ma jak to się pozmieniało od czasu, jak korzystał w czasach młodości z transportu miejskiego, a i przy tym w innym mieście, bo przeca nie wszędzie musi być tak samo. Swoje oczywistości wypowiadała tonem "jak do idioty" oraz "a-czego-mi-tu-pani-dupe-zawraca", aż obrzydły mi tramwaje i autobusy do cna i to nie z powodu ścisku i smrodu w nich panującego. Gdyby nie to, że i tak muszę kupić bilet sieciowy, a do tego konieczna jest KOMkarta z moją facjatą dałabym se spokój - trudno jednak potuptam do okienka licząc na inną zmianę i milszą panią. Mam dobry humor, biorę ja na klatę.

Moja klata ocalała. Idąc popołudniu do ZTM na ramię spadło mi ptasie g...o. Ale nic to. Wytarłam i pognałam do walki o bilet. Pani na drugiej zmianie była dużo bardziej pomocna i milsza. Wracając do domu pochmurne niebo obdarzyło mnie sowitą ulewą. Bluzka pięknie się uprała :) po guanie śladu nie było. Schowałam się pod balkonem i największe natężenie przetrwałam jakieś 300 m od domu. Miałam do wyboru, albo zostać miss mokrego podkoszulka - tylko gabaryty nie te i grawitacja pokonała moje wypukłości i ktoś mógłby wziąć mnie za uciekiniera z fokarium - słonia morskiego. Nie zaryzykowałam. Poczekałam grzecznie. Ale potem to co przeczekałam uzupełnili kierowcy przy przejściu dla pieszych. No bo dlaczego podczas ulewy mają nogę z gazu zdjąć i przy skręcie na warunkowym w prawo spokojnie obok pieszych przejechać? A skąd, trzeba gazu dodać, ja mam sucho, oni są i tak mokrzy, to różnicy i parę hektolitrów nie zrobi brudnej brei. Po dotarciu do domu i ja, i pies przypominaliśmy dwie mokre ścierki, kudy nam do romantycznych skąpanych w deszczu nimf. Chart w 5 minut stracił jakieś 15 kilo tak mu futro oklapło, a ja ... no cóż w moim wieku dbać należy o fasadę tak jak i o wnętrze i nie dopuścić do zalania. Ubezpieczenia na renowację nie dostanę. :)

wtorek, 26 lipca 2011

Brak...

Bezustanna walka rozumu z uczuciami. Rozum swoje, a uczucia swoje. Rozum racjonalizuje wszystko, porządkuje, układa w kolejności od najważniejszego, stawia w szeregu, pokazuje właściwą perspektywę, pozbawia złudzeń, wylewa kubeł zimnej wody, ujawnia nagą prawdę. A uczucia krzyczą: Nie! Mamy kompletnie w dupie co nam mówisz! Najważniejsze jesteśmy my: poczucie bezpieczeństwa, miłość, możliwość realizowania się, spalania w czymś wyjątkowym, a reszta świata niech się zajmie sobą. Inni maja gorzej? No mają, na ile możesz pomagaj, ale inni też mają lepiej, dlaczego do nich nie równać? Czy pragnienie kochania i bycia kochanym jest czymś złym? Czy smutek i żal z powodu braku tego elementu w życiu jest ujmą na honorze? Czy kochanie siebie ma zastąpić kochanie kogoś? To jakaś bzdura. Można i trzeba być dla siebie dobrym, wystarczająco dobrym, ale nic nie zastąpi uczucia zakochania, poczucia bycia ważnym dla kogoś.

Przychodzi taka pora, kiedy nie żądasz niczego. Ani ust, ani uśmiechu, ani miękkich ramion, ani oddechu jej obecności. Wystarcza, że ONA jest. 
A. de Saint-Exupery

Dlatego samotność tak boli. Dlatego strata tak boli.

Autor: Bagiński

piątek, 22 lipca 2011

Mam awarię elektryczną!

Ogłoszenie z gumtree (zachowana pisownia oryginału):


"wymienię umiejętności  z kobietą która ma jakąś awarię elektryczną instalacyjną,drobny remont na wiadomo co, on 32 jeśli nie wiesz o co chodzi poprostu nie pisz"

poniedziałek, 18 lipca 2011

Noblista gej? Who cares?!

Stan Kalifornia w USA wprowadził do programu nauczania w szkołach konieczność podkreślania wkładu mniejszości seksualnych w rozwój Stanów Zjednoczonych.

O ile rozumiem, że podkreślanie narodowości w różnych osiągnięciach da się przełknąć, ale co ma do rzeczy kryterium orientacji seksualnej? Jaki ma wpływ miłość do chłopców czy dziewczynek na osiągnięcia w dziedzinie np. architektury czy fizyki? Paranoja!

Jeśli ma to zapobiegać dyskryminacji to chyba nie tędy droga. Przecież to jeszcze większe podkreślanie i stygmatyzowanie takich osób.

Księżyc

Księżyc wzeszedł dziś wielki jak twarz prezesa, bijąca po oczach z każdego bilbordu. Obaj patrzą na mnie smętnie: jeden poddany retuszowi fotoszopa, drugi chmur. I nijak nie wzbudzają pozytywnych emocji. 

Pani D. rozsiadła się na dobre. Ma bardzo perfidny sposób dobijania mnie. Dziury nie zrobi a krew wypije. Szczęście, że chemia w moich żyłą krąży sobie jak dym w płucach palacza i pozwala zachować resztki jasności umysłu. Bo to jest tak: wielu spośród moich znajomych ma realne problemy życiowe, problemy, które ani prosto ani łatwo rozwiązać się nie dadzą, a czasami nie dadzą rozwiązać się wcale i sprawiają ból. Prawdziwy ból duszy. Chciałabym im pomóc i pomagam na ile mogę i umiem, choć czasami niewiele mogę i potrafię. Ale przeżywam ich kłopoty, bo mi na nich zależy. 

A ja? W mojej duszy czerń. Ból. I też czuję się do dupy, chociaż moje problemy nie wydają się aż tak ciężkie i nierozwiązywalne. Ba, nawet wiele rzeczy się zdarzyło, które powinny mnie wprawić w zadowolenie, radość, a nawet euforię. Tylko, że nie wprawiają. Nic nie czuję. A w zasadzie wiem, że powinnam się cieszyć, być zadowolona - tak nakazuje rozum i przyzwoitość wobec innych ludzi. Ale tak nie jest. I czuję się jeszcze gorzej. Bo ja mam "tylko" takie problemy, a oni mają większe. Oczekuje się ode mnie, że będę chodzącą radością życia, a ja nie cieszę się i wpadam w poczucie winy. I jest jeszcze gorzej. Czy rozumiecie absurdalność tej sytuacji? To właśnie jest Pani D. Generuje we mnie uczucia, których nie chcę. Pozbawia mnie uczuć, których pragnę.

źródło: internet

sobota, 9 lipca 2011

Prawda jak ziarno wysypana na tory...

Po lekturze pewnego portalu zastanowiły mnie pewne stwierdzenia w nim zawarte.

- Kobieta dostaje domek do zabawy i swoje ciało jak lalkę do ubierania i dbania, a wzorce są jej podrzucane w mediach i reklamach. Ma je upiększyć, zadbać o nie, skupić się na tych rzeczach, bez oglądania się na cokolwiek innego. Ciągłe dbanie o bycie piękną i doskonałą zajmuje jej wystarczająco dużo czasu, tak że nie zostaje miejsca w jej skromnym rozumku na rzeczy doniosłe, ważne a zatem zarezerwowane dla mężczyzn.

- Kobieta jak dziecko nie może mieć zmarszczek, wyprysków, owłosienia, rozszerzonych porów, siwych włosów, zwiotczeń. Jeśli się pojawią należy natychmiast je zlikwidować wszelkimi dostępnymi sposobami, co zajmuje wystarczająco dużo czasu i pieniędzy, tak iż staje się to samo napędzającą machiną. A przecież natura jest silniejsza i wszystko to i tak wyjdzie na wierzch i powróci. A kobieta niech się zamie nieustannym malowaniem, poprawianiem, zabawą kredkami i farbkami jak przedszkolak, poważne rzeczy zostawiając dorosłym czyli mężczyznom, którzy nie maja tak idiotycznych problemów i nie muszą się nimi przejmować.

- Na reklamach podpasek płyn zastępujący krew menstruacyjną jest niebieski, delikatny pozbawiony wszelkich naturalnych cech właściwych krwi. Podobnie w wielu innych sprawach rzeczy naturalne zostały uznane za obrzydliwe, wyparte z codzienności, a ludzie nimi naznaczeni są izolowani i odpychani. Naturalne odruchy stały się słabością, którą za wszelką cenę należy wyrugować i zepchnąć do podziemia. Współczesny człowiek: nie sika, nie oddaje kału, nie wymiotuje, nie marszczy się, nie starzeje, nie zapomina, nie ma miesiączki, nie choruje, nie brudzi się, nie poci, nie pachnie. Cały przemysł powstał by wszystkie te czynności odczłowieczyć, nadać im wymiar nieomal pozarealny, jakiś taki z kosmosu. 

Tego typu działania sprawiają, że wiele dziewcząt i kobiet nienawidzi swojego ciała, bo jest ono ludzkie.  A chłopcy i mężczyźni potęgują to uczucie dziwiąc się głośno i żądając, by kobieta była taka jak z reklam. Gładka, idealna, bezproblematyczna, posłuszna, nieabsorbująca. A jeśli taka nie jest, jest czarną owcą - nie wpisująca się w schemat i stereotyp, wynaturzeniem, wybrykiem natury, męczącym osobnikiem, którego należy zdeprecjonować i nadać mu etykietkę dziwadła, głupiego nieszkodliwego dziwadła. 

Czy w tych stwierdzeniach jest tylko ziarnko, czy cały wagon prawdy?


sobota, 18 czerwca 2011

Szklana pułapka

Sama nie wiem co jest gorsze. Idąc na spacer z psem zabieram woreczki, zbieram grzecznie psie kupy, bo mój potwór wali wielkie, zauważalne kupska, jednak jak na arystokratę przystało, nie wali ich po chodnikach, ale szuka maksymalnie zakrzaczonego terenu by się schować. Na sikanie nic nie pomogę,  staram się tylko by obsikiwał drzewa, a nie budynki pod oknami. Wychodzę z założenia, że jak się psa nie przetrzymuje na maksa, to i można nauczyć by załatwiał się gdzie ja chcę, a nie gdzie on już, zaraz musi - czyli np. pod drzwiami, czy w bramie, albo wręcz na korytarzu. Edukując psiarzy, nakładając mandaty, rozdając woreczki u weterynarzy i dbając o ich obecność (woreczków, nie weterynarzy) na psich skwerkach można wiele osiągnąć. Ale też tam gdzie leży jedna kupa, wiadomo, ze zaraz pojawi się następna itd. I tu pole do popisu dla służb porządkowych, bo podatek od psa jest opłacony. 

I wiecie co, wolę już wdepnąć w psią kupę, niż w to co zostawiają mi ludzie....

Odkąd skończył się skup opakowań szklanych, wszędzie walają się butelki. Po piwie, po wódce, po tzw. szczeniaczkach, po drinkach. Ale gdybyż to owe butelki leżały całe, nienaruszone, łatwo byłoby je posprzątać. Niestety konsumenci napojów, z niewiadomego mi powodu, znajdując się na terenach zielonych znajdą najmniejszy kawałek betonu by rozbić szkło, a jeśli nie znajdą to butelką o butelkę dokonają dzieła zniszczenia. 

Na terenach spacerowych nad rzeką, gdzie często wychodzę z psem, spaceruje mnóstwo osób - rodzice z dziećmi, psiarze, parki, grupki młodzieży. Pojawiają się i owszem patrole straży miejskiej i policji, ale ilość tłuczonego szkła na betonowych schodach i nabrzeżu jest porażająca. Czasami boję się bardzo o siebie, o Młodego, o psa. Wystarczy jedno nieostrożne stąpnięcie i tragedia gotowa. A jak ktoś się przewróci? Małe dziecko? Podobnie sytuacja ma się w centrum miasta. Na parkingach, skwerach, chodnikach pełno tłuczonego szkła. Co to za zwyczaj? Chodniki przy posesjach, kamienicach są sprzątnięte, ale miejska część tras czasami tygodniami czeka na służby, szczególnie w mniej uczęszczanych "fyrtlach" - zakątkach. Podobnie wyglądają skwerki z ozdobnymi nasadzeniami, te w samym centrum, owszem ogarnięte, ale już krok w głąb, śmieć na śmieciu. Przy czym zastanawiający jest fakt, że obok skwerku jest kosz, pusty, nieprzepełniony, a i tak ludzie idąc wywalają śmieci na ziemię.

Podam przykład: siódma rano, spacer z psem, ze sklepiku w moim bloku wychodzi pan charakterystycznie przyodziany w przybrudzoną koszulkę i spodnie ogrodniczki o znanym mi kolorze - śmieciarz, czy też elegancko - pracownik służb porządkowych. W jednej dłoni dzierży reklamówkę z drożdżówką, w drugiej zaś tzw. małpkę z wiśnioweczką. Nim zdążył przejść na drugą stronę ulicy, zawartość buteleczki została przez niego wchłonięta. Ot, co to jest jest nawet jak na takie szczupłe, a przecież czerstwe ciało. I oto nasz pan, mając po prawej kosz, a po lewej słup latarni, zakręciwszy flaszeczkę odstawił ją ... za latarnię! Niepojęte! Toż jeśli taki wstyd, to w czeluściach kosza łatwiej go ukryć! No, ale niezbadane są pokrętne ścieżki ludzkiego rozumowania....

P.S. Czy ktoś na wejściu na zakład sprawdził pana alkomatem?

niedziela, 12 czerwca 2011

Stymulacja...rynny.

Mój pies ma taki zwyczaj, ze swoje grubsze potrzeby załatwi wyłącznie wybrawszy uprzednio odpowiednio wysoką i maksymalnie krzaczastą kępę roślin. Ostatnio na spacerze długo nie mógł się zdecydować co znudziło Młodego potężnie, więc łaził za psem i jak mantrę powtarzał: krzaczek-dupa-drapanie-kupa, krzaczek-dupa-drapanie-kupa....itd. Zapytałam Go co robi. A Młody na to: Stymuluję zwieracze psiora. :)

A to zdjęcie zrobione przez Młodego podczas ulewnego deszczu: nawet rynna nie dała rady i popuściła. :) Ze szczęścia?

Foto: podczarnympsem

czwartek, 9 czerwca 2011

Do Czarnego Ptaka ....

Napisałam komentarz pod tym wpisem: http://exterminator.blog.onet.pl/pozytywno-optymistyczna-samooc,2,ID427710349,n i niestety Wielki Cenzor Onet uznał, że szlachetne słowo dupa za zbyt wulgarne, niegodne oczu i uszu Czarnego Ptaka. O dzięki Ci Wielki Onecie obrońco dusz wrażliwych, który w komentarzach do swoich artykułów dopuszczasz ksenofobiczne, rasistowskie, homofobiczne, seksistowskie, nietolerancyjne komentarze wszelkiej maści trolli, mających w owej czarnej, najczarniejszej dupie zasady ortografii, stylistyki, nie mówiąc o kulturze, bo o tą żadnego trolla nie posądzamy. 

No, ale ja nie o tym. 

Czarny Ptaku, szanowni komentatorzy, nie rozumiem co Was szokuje w zjadaniu przysmaków o jakich piszecie. A czymże różnią się owe dziwactwa do naszej zgniłej kapusty, skisłych ogórków, flaczków, głowizny, czy móżdżku z jajkiem lub czerniny? A karp długo głodzony w chlorowanej wodzie domowej wanny, tłuczony młotkiem po łbie? W większości dania owe są daniami lokalnymi, etnicznymi. Jest tego całe mnóstwo: podawane w kazachskim domu najważniejszym gościom baranie oczy, wysokobiałkowe larwy owadów w miejscach gdzie o pełnowartościowe białko zwierzęce bardzo trudno. Owe zarodki kacze czy kurze to filipiński przysmak, uważany za afrodyzjak. Przecież nawet nasz, czy też niemiecki salceson może budzić przerażenie u co wrażliwszych. A szkocki haggis? Eskimosi karmią swoje dzieci wątrobą zabitej foki. Jest świeża, zdrowa, ciepła. Nas to szokuje, u nich to normalne.

Moda idzie z Ameryki? No a skąd ma iść? Ameryka to tygiel wielu kultur. W monokulturowych jednolitych społeczeństwach potrawy te ni budzą szoku, bo są oswojone. A tam w zetknięciu z ową wielokulturowością, otwarciem, każdy zobaczyć, spróbować, doznać czegoś nowego. Z Polski, by spróbować chińskich gniazd, trzeba ruszyć tyłek na tysiące kilometrów. Poza tym, czego oczy nie widzą tego sercu nie żal. Pozostaje jeszcze pogoń za tanią sensacją. I wywlekanie wszystkiego co w jakikolwiek sposób odbiega od zachodniego wzorca kultury jako dziwactwa. Dla kultury japońskiej to my jesteśmy dziwakami. Trzeba o tym pamiętać. 

Niestety jedyną fatalną rzeczą jest dorabianie do tego jakiejś wydumanej ideologi o wyższości mięsa zwierzyny w stanie przedagonalnym nad zwyczajnym. Oczywiście to totalna bzdura. O ile bazuje to na jakimś wielowiekowym stereotypie jakiejś kultury, co jeszcze można jakoś tam uznać, to już robienie tego dla kasy i poklasku jest żałosne. Po pierwsze, już dawno smakosze świata i naukowcy dowiedli, że na smak mięsa zmienia cierpienie zwierzęcia, hormony stresu wyrzucane do krwiobiegu. Dlatego nie ma sensu kulinarnego kupowanie żywego karpia przed wigilią, głodzenie go w wannie i nieudolne zabijanie na kuchennym stole. A jeśli jak twierdzą stworzonka nie czują bólu to przepraszam w jaki sposób miałby zmienić się smak mięsa? 

Coś co kiedyś było przysmakiem biedaków: kaszanka (Polska), głowa wołu (Argentyna), kogucie grzebienie (Włochy), kurze łapki (Chiny) dziś wchodzi na salony. Co spowodowało nobilitację tych potraw? :) 


wtorek, 7 czerwca 2011

Luz na emeryturze

Podsłuchane w drodze do pracy.

Dwie starsze panie - wiek emerytalny.
 - No i wyobraź sobie, okazało się, ze jechałam bez biletu.
- Ale o tym nie wiedziałaś!
- Taaa, przynajmniej się nie stresowałam w tramwaju.

Grunt to luz. :)

niedziela, 5 czerwca 2011

Chybiony komplement

Dziś o poranku, na spacerze z moim chartem, nad rzeką, zaczepił mnie wędkarz. Zatrzymał, spojrzał na psa i mówi:
- No pani przy tym psie wygląda grubo!
Roześmiałam się: - Dziękuję za komplement!
- Nie, no ja ...Pani wygląda normalnie... - zmitygował się mężczyzna, ale chyba zrozumiał swoje faux pas, bo zaczął intensywnie wpatrywać się w spławik. :)

niedziela, 29 maja 2011

Podziały klasowe

Społeczeństwo zasadniczo dzieli się na klasę niższą, średnią i wyższą. No wiadomo. Dla klasy niższej przeznaczona jest pomoc społeczna, cały socjal, mieszkania komunalne, fundacje, kasy zapomogowe i wszelka humanitarna i solidarna pomoc, zakupy w dyskontach. Klasa średnia. Wyższe wykształcenie, samochód, dom, wczasy i wycieczki co roku, zakupy cotygodniowe w hipermarkecie, galeriach handlowych, metki z sieciówek. Klasa wyższa. Hmm, tutaj nieco odstajemy od średniej światowej, bo tych z najwyższej półki u nas niewielu, a reszta to taka zachodnia klasa średnia. No, ale nich będzie. Wino za 1000 EUR to nie wydatek a przyjemność i już można sobie pozwolić na filantropię w ramach zaspokajania  swojego ego.

Ale okazuje się, że gdzieś między tymi klasami jest pewna nienazwana grupa sytuowana pomiędzy tymi najbiedniejszymi, a klasą średnią. Mają za dużo by umrzeć, a za mało by żyć. Jeśli nie mają rodziny w turystycznie atrakcyjnych miejscach, to muszą czasami miesiącami oszczędzać na wyjazd, a i tak trudno się cieszyć wyjazdem kiedy każdy grosz musisz obracać w palcach po 3 razy. Przyjemności kulturalne o ile nie mieszkają w wielkim mieście są ograniczone do telewizyjnej papki, albo do oczu czerwonych jak u rozwielitki, bo wartościowe programy są nadawane w porze dogodnej dla wampirów i wilkołaków. Na szczęście takie osoby wiedzą jaką wartość ma wiedza i inwestują w komputer dla dziecka, w programy w dodatkowy angielski, wiedzą, że tylko to pozwoli dziecku wyrwać się z zaklętego koła ich rzekomej nieudolności. Czują się zepchnięci na margines - dla banku są nieatrakcyjni, nie mają oszczędności, zdolność kredytowa - niewielka, dużych kwot nie wezmą, a i praca taka, ze łatwo ich wyrzucić. O pomoc, dopłatę, mieszkanie komunalne nie maja szans się zwrócić, bo są za bogaci. Ale oni z tego powodu bynajmniej nie zazdroszczą tym którzy dostają te zapomogi, mają świadomość, że są rodziny, które potrzebują ich bardziej niż oni. Dlatego nie marnotrawią odzieży - przekazują dalej, dlatego zawsze wspierają fundację swoim 1%, najczęściej jest to konto wybranego, realnego dziecka. Nie marnują jedzenia, nie wyrzucają, oszczędzają energię, każdy grosz, nie przywiązują się do marki, tylko kupują tam gdzie taniej, analizują fora, słuchają uważnie rozmów i czytają krytyczne artykuły - ciężki z nich klient, nie da mu się wcisnąć byle czego, nie kupi, bo tanio i w promocji, nie kupi, bo potrzebuje i już, przepłacając. Taki dziwny konsumencki twór - nie wiadomo jak to marketingowo ugryźć. Jego pragnienia są wielkie, lubi rzeczy jakościowe dobre, ale w adekwatnej do jakości cenie. I potrafi na to oszczędzać.  Nie kieruje się impulsem. Nie masz solidniejszego kredytobiorcy, ale...kto mu da kredyt skoro zarabia grubo poniżej średniej krajowej?

piątek, 13 maja 2011

Moda codzienna

Obejrzałam sobie właśnie Program Trinny i Susannah ubierają Polskę. Jest to jeden z niewielu programów,  które lubię. Dlaczego? Dlatego, że pokazują jak ważna wbrew temu co się potocznie mówi jest jednak szata człowieka. I jak bardzo słowa bliskich potrafią ranić. Oto jest dziewczyna, szczupła, młoda, zaniedbana, bo ani pieniędzy, ani pomysłu na siebie, ani czasu, zniechęcona do siebie. Brak jej odwagi. Nigdy pewnie nie usłyszała żadnego konkretnego komplementu podkreślającego jej atuty. Przed kamerą występuje jej przyjaciółka i opowiada, że koleżanka ubiera się smutno, fatalnie, ale też od męża słyszy ciągle, ze nie umie się ubrać, umalować, że jest za gruba (TAK!). Podobnie jest też w wielu wypadkach, które znam osobiście. Dlaczego mężczyźni nie mogą dostrzec, że kobieta nie przestaje istnieć po 25 roku życia. Dlaczego nie dociera do ich głowy, że czasami wystarczy zamiast pytania co na obiad, zabrać dzieciaki na pizzę, a żonie pozwolić spokojnie zadbać o siebie. I nie mówię tu o mężczyznach, którzy rozumieją, że zakup kolejnego gadżetu do warsztatu ma się nijak do podstawowego dbania o urodę. Pewnie, są kobiety, które ostatnie pieniądze wydadzą na dwudziesty piąty odcień szminki, a buty nie mieszczą się w szafie, zaś nie ma szansy porozmawiać z nią o niczym innym jak o nowej kiecce u celebrytki "wyczajonej" na Pudelku. Tak jak są faceci nieustannie pompujący środki wzdymające w swój brzuch, kupujący kolejne coraz to nowsze gadżety techniczne nawet w 1/3 nie wykorzystując ich możliwości. Co ciekawe rzadziej spotykam kobiety negujące spełnianie zachcianek mężczyzn niż odwrotnie. Nie rozumiem dlaczego realizowanie potrzeby bycia zadbaną jest naganne, głupie i niepotrzebne. Dlaczego musi wzbudzać poczucie winy w kobiecie zakup sukienki, pary butów, czy płaszcza, nawet jeśli w jej szafie dotychczasowy płaszcz usiłują mole przerobić na konfetti, butów żaden szewc nie chce przyjąć do naprawy, a od sukienki wygodniejsze są dżinsy, bo przecież mąż na randkę nie zabrał od lat 5, więc niby czemu miałby teraz zaraz. A nawet gdyby kupiła z taką nadzieją, usłyszałaby: To już nie masz matka na co wydawać? Gdzie ty w tym pójdziesz? (Tak a propos: nazywanie żony matką przez męża woła o pomstę). Bycie kobietą w Polsce jest nie lada wyzwaniem. Mężczyzna rzadko jest wsparciem, a o wynoszeniu kobiety na piedestał już dawno można zapomnieć. Przebrzmiało i pokryło się kurzem. A o sztuce prawienia komplementów... ech to już tylko Starsi Panowie pamiętają. :)

czwartek, 5 maja 2011

Nowe Otwarcie

Na prośbę Moich Przyjaciół otwieram blog na nowo.

Zmieniam jego formułę, zmieniam to co dotąd napisałam, więc Ci co czytali mnie wcześniej muszą wybaczyć, że wszystko poleciało do Szebalby.

Umarł Król - niech żyje Król.