sobota, 18 czerwca 2011

Szklana pułapka

Sama nie wiem co jest gorsze. Idąc na spacer z psem zabieram woreczki, zbieram grzecznie psie kupy, bo mój potwór wali wielkie, zauważalne kupska, jednak jak na arystokratę przystało, nie wali ich po chodnikach, ale szuka maksymalnie zakrzaczonego terenu by się schować. Na sikanie nic nie pomogę,  staram się tylko by obsikiwał drzewa, a nie budynki pod oknami. Wychodzę z założenia, że jak się psa nie przetrzymuje na maksa, to i można nauczyć by załatwiał się gdzie ja chcę, a nie gdzie on już, zaraz musi - czyli np. pod drzwiami, czy w bramie, albo wręcz na korytarzu. Edukując psiarzy, nakładając mandaty, rozdając woreczki u weterynarzy i dbając o ich obecność (woreczków, nie weterynarzy) na psich skwerkach można wiele osiągnąć. Ale też tam gdzie leży jedna kupa, wiadomo, ze zaraz pojawi się następna itd. I tu pole do popisu dla służb porządkowych, bo podatek od psa jest opłacony. 

I wiecie co, wolę już wdepnąć w psią kupę, niż w to co zostawiają mi ludzie....

Odkąd skończył się skup opakowań szklanych, wszędzie walają się butelki. Po piwie, po wódce, po tzw. szczeniaczkach, po drinkach. Ale gdybyż to owe butelki leżały całe, nienaruszone, łatwo byłoby je posprzątać. Niestety konsumenci napojów, z niewiadomego mi powodu, znajdując się na terenach zielonych znajdą najmniejszy kawałek betonu by rozbić szkło, a jeśli nie znajdą to butelką o butelkę dokonają dzieła zniszczenia. 

Na terenach spacerowych nad rzeką, gdzie często wychodzę z psem, spaceruje mnóstwo osób - rodzice z dziećmi, psiarze, parki, grupki młodzieży. Pojawiają się i owszem patrole straży miejskiej i policji, ale ilość tłuczonego szkła na betonowych schodach i nabrzeżu jest porażająca. Czasami boję się bardzo o siebie, o Młodego, o psa. Wystarczy jedno nieostrożne stąpnięcie i tragedia gotowa. A jak ktoś się przewróci? Małe dziecko? Podobnie sytuacja ma się w centrum miasta. Na parkingach, skwerach, chodnikach pełno tłuczonego szkła. Co to za zwyczaj? Chodniki przy posesjach, kamienicach są sprzątnięte, ale miejska część tras czasami tygodniami czeka na służby, szczególnie w mniej uczęszczanych "fyrtlach" - zakątkach. Podobnie wyglądają skwerki z ozdobnymi nasadzeniami, te w samym centrum, owszem ogarnięte, ale już krok w głąb, śmieć na śmieciu. Przy czym zastanawiający jest fakt, że obok skwerku jest kosz, pusty, nieprzepełniony, a i tak ludzie idąc wywalają śmieci na ziemię.

Podam przykład: siódma rano, spacer z psem, ze sklepiku w moim bloku wychodzi pan charakterystycznie przyodziany w przybrudzoną koszulkę i spodnie ogrodniczki o znanym mi kolorze - śmieciarz, czy też elegancko - pracownik służb porządkowych. W jednej dłoni dzierży reklamówkę z drożdżówką, w drugiej zaś tzw. małpkę z wiśnioweczką. Nim zdążył przejść na drugą stronę ulicy, zawartość buteleczki została przez niego wchłonięta. Ot, co to jest jest nawet jak na takie szczupłe, a przecież czerstwe ciało. I oto nasz pan, mając po prawej kosz, a po lewej słup latarni, zakręciwszy flaszeczkę odstawił ją ... za latarnię! Niepojęte! Toż jeśli taki wstyd, to w czeluściach kosza łatwiej go ukryć! No, ale niezbadane są pokrętne ścieżki ludzkiego rozumowania....

P.S. Czy ktoś na wejściu na zakład sprawdził pana alkomatem?

niedziela, 12 czerwca 2011

Stymulacja...rynny.

Mój pies ma taki zwyczaj, ze swoje grubsze potrzeby załatwi wyłącznie wybrawszy uprzednio odpowiednio wysoką i maksymalnie krzaczastą kępę roślin. Ostatnio na spacerze długo nie mógł się zdecydować co znudziło Młodego potężnie, więc łaził za psem i jak mantrę powtarzał: krzaczek-dupa-drapanie-kupa, krzaczek-dupa-drapanie-kupa....itd. Zapytałam Go co robi. A Młody na to: Stymuluję zwieracze psiora. :)

A to zdjęcie zrobione przez Młodego podczas ulewnego deszczu: nawet rynna nie dała rady i popuściła. :) Ze szczęścia?

Foto: podczarnympsem

czwartek, 9 czerwca 2011

Do Czarnego Ptaka ....

Napisałam komentarz pod tym wpisem: http://exterminator.blog.onet.pl/pozytywno-optymistyczna-samooc,2,ID427710349,n i niestety Wielki Cenzor Onet uznał, że szlachetne słowo dupa za zbyt wulgarne, niegodne oczu i uszu Czarnego Ptaka. O dzięki Ci Wielki Onecie obrońco dusz wrażliwych, który w komentarzach do swoich artykułów dopuszczasz ksenofobiczne, rasistowskie, homofobiczne, seksistowskie, nietolerancyjne komentarze wszelkiej maści trolli, mających w owej czarnej, najczarniejszej dupie zasady ortografii, stylistyki, nie mówiąc o kulturze, bo o tą żadnego trolla nie posądzamy. 

No, ale ja nie o tym. 

Czarny Ptaku, szanowni komentatorzy, nie rozumiem co Was szokuje w zjadaniu przysmaków o jakich piszecie. A czymże różnią się owe dziwactwa do naszej zgniłej kapusty, skisłych ogórków, flaczków, głowizny, czy móżdżku z jajkiem lub czerniny? A karp długo głodzony w chlorowanej wodzie domowej wanny, tłuczony młotkiem po łbie? W większości dania owe są daniami lokalnymi, etnicznymi. Jest tego całe mnóstwo: podawane w kazachskim domu najważniejszym gościom baranie oczy, wysokobiałkowe larwy owadów w miejscach gdzie o pełnowartościowe białko zwierzęce bardzo trudno. Owe zarodki kacze czy kurze to filipiński przysmak, uważany za afrodyzjak. Przecież nawet nasz, czy też niemiecki salceson może budzić przerażenie u co wrażliwszych. A szkocki haggis? Eskimosi karmią swoje dzieci wątrobą zabitej foki. Jest świeża, zdrowa, ciepła. Nas to szokuje, u nich to normalne.

Moda idzie z Ameryki? No a skąd ma iść? Ameryka to tygiel wielu kultur. W monokulturowych jednolitych społeczeństwach potrawy te ni budzą szoku, bo są oswojone. A tam w zetknięciu z ową wielokulturowością, otwarciem, każdy zobaczyć, spróbować, doznać czegoś nowego. Z Polski, by spróbować chińskich gniazd, trzeba ruszyć tyłek na tysiące kilometrów. Poza tym, czego oczy nie widzą tego sercu nie żal. Pozostaje jeszcze pogoń za tanią sensacją. I wywlekanie wszystkiego co w jakikolwiek sposób odbiega od zachodniego wzorca kultury jako dziwactwa. Dla kultury japońskiej to my jesteśmy dziwakami. Trzeba o tym pamiętać. 

Niestety jedyną fatalną rzeczą jest dorabianie do tego jakiejś wydumanej ideologi o wyższości mięsa zwierzyny w stanie przedagonalnym nad zwyczajnym. Oczywiście to totalna bzdura. O ile bazuje to na jakimś wielowiekowym stereotypie jakiejś kultury, co jeszcze można jakoś tam uznać, to już robienie tego dla kasy i poklasku jest żałosne. Po pierwsze, już dawno smakosze świata i naukowcy dowiedli, że na smak mięsa zmienia cierpienie zwierzęcia, hormony stresu wyrzucane do krwiobiegu. Dlatego nie ma sensu kulinarnego kupowanie żywego karpia przed wigilią, głodzenie go w wannie i nieudolne zabijanie na kuchennym stole. A jeśli jak twierdzą stworzonka nie czują bólu to przepraszam w jaki sposób miałby zmienić się smak mięsa? 

Coś co kiedyś było przysmakiem biedaków: kaszanka (Polska), głowa wołu (Argentyna), kogucie grzebienie (Włochy), kurze łapki (Chiny) dziś wchodzi na salony. Co spowodowało nobilitację tych potraw? :) 


wtorek, 7 czerwca 2011

Luz na emeryturze

Podsłuchane w drodze do pracy.

Dwie starsze panie - wiek emerytalny.
 - No i wyobraź sobie, okazało się, ze jechałam bez biletu.
- Ale o tym nie wiedziałaś!
- Taaa, przynajmniej się nie stresowałam w tramwaju.

Grunt to luz. :)

niedziela, 5 czerwca 2011

Chybiony komplement

Dziś o poranku, na spacerze z moim chartem, nad rzeką, zaczepił mnie wędkarz. Zatrzymał, spojrzał na psa i mówi:
- No pani przy tym psie wygląda grubo!
Roześmiałam się: - Dziękuję za komplement!
- Nie, no ja ...Pani wygląda normalnie... - zmitygował się mężczyzna, ale chyba zrozumiał swoje faux pas, bo zaczął intensywnie wpatrywać się w spławik. :)