wtorek, 22 maja 2012

Tylko w mojej głowie...


Dotknięcie

Moja dłoń była miesiącami
zapuszkowana. Poręcz w metrze i nic więcej.
Może obtłuczona, myślałam,
i dlatego ją zaplombowali.
Ale kiedy tam zajrzałam, leżała spokojnie.
Można z niej odczytać czas, pomyślałam,
jak na zegarze, z tych pięciu kłykci
i cienkich podziemnych żył.
Leżała jak nieprzytomna kobieta
karmiona przez rurki, o których nie wie.

Zapadła się ta dłoń,
drewniany gołąbek
co wybrał odosobnienie.
Odwróciłam ją i wnętrze dłoni było stare,
z liniami narysowanymi jak w cienkiej koronce
i wydzierganymi wzdłuż palców.
Tłuste i miękkie i miejscami ślepe.
Nieodporne i tyle.

A wszystko to jest metafora.
Zwyczajna dłoń: tylko wysamotniona
za dotknięciem czegoś
co jej odpowie dotknięciem.
Moja suka tego nie zrobi.
Jej ogon wymachuje za żabami w bagnie.
Ja jestem tyle co puszka z pokarmem dla psów.
Ona ma swój własny głód.
Moje siostry tego nie zrobią.
Żyją w szkole z wyjątkiem guzików
i łez lejących się jak lemoniada.
Mój ojciec tego nie zrobi.
On jest częścią domu i nawet w nocy
żyje w maszynie, którą zmontowała matka,
a jego praca, jego praca wciąż ją naoliwia.

Kłopot polega na tym
że pozwoliłam zamarznąć swym gestom.
Kłopot nie krył się
w kuchni ani w tulipanach
tylko w mojej głowie, mojej głowie.

Nagle wszystko to odeszło w przeszłość.
Twoja dłoń znalazła moją dłoń.
Życia krwawy skrzep wdarł mi się w palce.
Och, mój cieślo,
zaczęła się odbudowa palców.
Tańczą z twoimi.
Tańczą na strychu i stąd aż do Wiednia.
Na całą Amerykę żyje moja dłoń.
Nawet śmierć jej nie zatrzyma
krwi rozlewem.
Nic jej nie zatrzyma, gdyż to jest królestwo
z tego świata i z tamtego świata
Ameryka
Z angielskiego przełożyła
Beata Pusłowska

poniedziałek, 21 maja 2012

Nie poddawaj się...

Wróciły i są. Moje ukochane ptaszyska. Jerzyki. Ten cudowny wizg na niebie. Ten lot, za którym nie można nadążyć wzrokiem. Ukoronowanie wiosny. Nie ma dla mnie nic piękniejszego. Tęsknię do nich jak tylko odlecą i doczekać się nie mogę, gdy tylko zrobi się cieplej na przednówku, a przecież wiem, ze nie pojawią się wcześniej niż owady, ich pokarm powszedni. 

Moje pierwsze podejście do zmniejszenia dawki prochów niestety skończyło się fiaskiem. Szkoda. Czuję się psychicznie, rozumowo, terapeutycznie mocniejsza, ale mózg robi mi takie fiki-miki, ze trudno mi go utrzymać w ryzach. Trudno, może jeszcze nie czas. Może brakuje mi jakiegoś elementu układanki. Pod skóra siedzi jednak strach, że tak będzie zawsze, że już nigdy nie będę żyć normalnie. 

---------

Ostatnio złapałam się na tym, że brakuje mi wielu moich internetowych znajomych. Tzn. nie tak wielu, bo niewielu ich mam. Ale tych, których spotkałam na mojej internetowej drodze, którzy stali się dla mnie ważni, wnieśli do mojego życia swoją mądrość, pasję, ciepło, wiedzę, doświadczenie i wiele, wiele innych rzeczy istotnych dla duszy, dla życia. A którzy z takich czy innych powodów wycofali się z życia internetowego. Nie widziałam ich nigdy w realu, ale ich brak bardzo boli, uwiera. Wiem, że przytłaczają ich własne życiowe problemy, że nie wszystko układa się tak jak powinno i chciałabym im powiedzieć, że myślę o nich, o tym co u nich się dzieje, jak sobie radzą. I nie jest to niezdrowa ciekawość, ale troska, przyjacielska troska, która czasami niewiele może pomóc, ale swoją obecnością chce dodać otuchy. Możecie mi zarzucić, że to ja się nie odzywam, ale na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że należę do osób, które boją się narzucać swoją osobą. No i jako introwertyk, nie należę do tzw. dusz towarzystwa, więc raczej będę blisko Was, zawsze na Wasze życzenie, gotowa na rozmowę, jeśli tylko będziecie chcieli. Nie ma we mnie żadnych ukrytych podtekstów, oczekiwań, zastrzeżeń. Nic nie wymagam i nie oceniam. Po prostu brakuje mi Was, bo staliście się cząstką moje życia i z całą życzliwością pragnę by wszystko u Was układało się najlepiej jak można.