poniedziałek, 8 października 2012

Samotność marzeń


Rano odprowadziłam Młodego i postanowiłam wracać piechotą, przez Stare Miasto. Zabawnie jest o 7-ej, w sobotni poranek. Trójkami, niedopici wojownicy z nocnych barów, chodzili w poszukiwaniu czynnych jeszcze wódpojów, od czasu do czasu waląc w napotkane, zamknięte na głucho drzwi do wyszynku i z wyrażając swoje oburzenie okrzykami: Otwierać, k..., co jest! Tu i ówdzie w ogródkach kawiarnianych, z których nie zdążyli ich przepędzić ochroniarze, usiłują powrócić z Matrixa co słabsze głowy.



Ulice zasłane są wszelkim plastikowym śmieciem, a z resztek jedzenia szwedzki bufet urządzają sobie ptaki i koty, gardząc kapuścianymi niedobitkami, a zgodnie dzieląc się bułką i mięsnymi skrawkami. Na samym Starym Rynku cicho i przyjemnie. O tej porze roku, jest taka uliczka, która łapie wschód słońca prawie znad samego horyzontu i pozwala go obserwować siedząc przy kawiarnianym stoliku. O ile ktoś nienormalny o tej porze otworzył, lub jeszcze nie zamknął przybytku. Dotarłam do przystanku zaraz za Rynkiem, ale skoro nogi mnie same niosły, a powietrze było rześkie i ciepłe, postanowiłam zrobić jeszcze kawałek per pedes i ruszyłam na spacer naszym deptakiem. Po kilku krokach usłyszałam głuche, ale głośne pacnięcie i coś miękko upadło kilka kroków ode mnie. Znałam ten dźwięk. Niestety.
Podeszłam bliżej, nie ruszał się, jego czarne jak węgielki oczy nie drżały, a pióra na szyi były mocno zmierzwione. Delikatnie podniosłam go, by nie uszkodzić niczego. Nie dawał znaku życia. Pod skrzydłem szukałam tętna, ale widziałam jak powieki zamykają się powoli, jak życie z niego ucieka. Jak jego ptasia dusza ulatuje. Wolna. Położyłam jego zwiotczałe ciało z dala od przechodniów.



Chciałam kiedyś zostać weterynarzem. Ale czasami życie nie układa się tak jakbyśmy chcieli. A może po prostu nie umiemy walczyć o marzenia? Nie nauczono nas? Może najczęściej realizujemy cudze marzenia, bo w ich realizacji ktoś nam pomaga. A nasze są skazane na samotność? 


3 komentarze:

  1. Czasem się udaje, czasem nie....

    Dwa czy trzy lata temu moja psa pojmała w paszczę swą pisklaka. Udało mi się ptaszę wydobyć i wraz z synem - nie bacząc na spóźnienie do szkoły i pracy - ratowaliśmy ptaszynę.Odstawiliśmy do szpitalnego ZOO w naszym mieście. Mam nadzieję, że ma się dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wszystko możesz nadrobić...no prawie. Pomagasz Młodemu spełnić marzenia

    OdpowiedzUsuń
  3. Tja, a może warto zacząć od siebie i po prostu przestać wp[ierdalać mięso? Jedne kochasz, drugie zabijasz a wszystko pod płaszczykiem "miłości do zwierząt". Polecam wizytę w rzeźni i spojrzenie prawdzie w oczy.

    OdpowiedzUsuń