piątek, 22 lutego 2013

Miało być, a nie będzie

Miało być pięknie, wyszło jak zwykle.

Szumnie zapowiadany urlop odpłynął w dal żegnany serdecznie. W zeszłym tygodniu, po starciach z szefową i szefem, wytykami służbowymi na temat popełnianych przeze mnie błędów i ich rzekomych skutkach dla "istotnego funkcjonowania firmy", poprosiłam o 3 dni urlopu wypoczynkowego w następnym tygodniu. Zwyczajnie nie dawałam już rady. Nawarstwienie się obowiązków zawodowych plus kilka poważnych spraw rodzinnych zaowocowały zmęczeniem, spadkiem formy i zwyczajnym wypaleniem. Tym bardziej, że z zeszłego roku miałam jeszcze 6 dni zaległego, a poza wakacyjnym obowiązkowym urlopem, pozostałe dni "wybierałam" pojedynczo na ważne sprawy.

Na urlop dostałam wstępnie zgodę. Niestety już w poniedziałek lista zadań do wykonania urosła znacznie, dorzucono na bieżąco następne długoterminowe i oddelegowano do natychmiastowego poczynienia właściwych kroków w celu rozwiązania problemów i załatwienia poszczególnych spraw. No i jak tu skończyć przed urlopową środą? A przełożyć się nic nie da, bo większość działań sprzężona jest z innymi osobami, więc  gwarantowane miałam telefony, maile i sms'y z pracy. Bez sensu. Terminy gonią, szef też, że już, że na teraz, że dlaczego jeszcze nie zrobione.

http://affotd.files.wordpress.com/
Nowi pracownicy dają też do wiwatu. Jakoś jest tak, że trafia się jeden fajny, zaradny, bystry, a do kompletu przykładowo dwóch patrzących na mnie swoimi wielkimi oczyma bezradnego chłopca, co to "potłukę-mamusi-naczynia-może-nie będę-musiał-zmywać" i liczący, że z litości i dla zaoszczędzenia czasu wykonam za nich upierdliwe zadania, których i tak muszą się nauczyć, ale aktualnie są bardzo zajęci i oczywiście stworzeni do wyższych celów niż czynności "materialno-techniczne". Długo też przyjdzie mi powalczyć ze stereotypami, z mylnymi przekonaniami, mitami i oczekiwaniami ponad miarę, jakie męski szczypiorek wniósł do zawodowego świata. Rozumiem ambicje, rozumiem walkę o prestiż, ale póki co różnica jest między nimi a zawodowcami taka jak między papierową chusteczką higieniczną, a jedwabną chustką. Trochę dziwię się młodym ludziom, że tacy niezaradni, żyją jakby się bali, że wykazanie inicjatywy spowoduje lawinę nieszczęścia, albo co gorzej dodatkowych obowiązków. Czekają beznamiętnie na polecenia służbowe, ich myśli nie wybiegają na przód, a zamiast pracować mądrze, pracują dużo, więc ciągle narzekają, że nie mają czasu.

Ciekawostką we współpracy z młodzieżą (dla nich jestem zabytkiem wpisanym na listę UNESCO), rozpoczynającą swój zawodowy staż jest ich:
- zdziwienie kolejkami na poczcie czy w urzędzie;
- nieumiejętność wypełnienia odręcznego najprostszego druku typu dowód nadania, czy przekaz pocztowy;
- określenie "biegła znajomość pakietu biurowego" oznaczająca umiejętność napisania prostego tekstu, bez znajomości zasad formatowania i typografii. [Ot, czy ktoś to czyta? Zasada unikania podwójnych wyróżnień]
- korzystanie z możliwości jakie daje Internet w bardzo ograniczonym zakresie, typu: pierwsze wyniki w popularnej wyszukiwarce, po wpisaniu jednego słowa, bez jakiegokolwiek zaawansowanego wyszukiwania.

Że o przywarach typu zadufanie i przerost formy nad treścią nie wspomnę, bo to tylko znak czasów i zawodu do jakiego się przygotowują. Ale martwi mnie bardziej to, że studia studiami, ale młodzież czasami żyje tak daleko od realnego życia, że wejście w dorosłość będzie ich bolało. Oj, będzie. A dorosłość zaczyna się wtedy, kiedy zaczynasz żyć samodzielnie z dala od mamy i taty, za własne pieniądze i na własną odpowiedzialność. Nie ważne ile masz wtedy lat, 18 czy 35.

Trudno mi się skupić na czymkolwiek. Mam nawet wrażenie, że napisanie najprostszej notki idzie mi nieskładnie, niegramatycznie i z mnóstwem błędów. Jak się wziąć w garść jak tej garści nie ma?

Potrzebuję odpoczynku, zmiany otoczenia, wyciszenia. Zwykłego świętego spokoju. Przytulenia się do kogoś, kieliszka dobrego wina do łagodnej kolacji i niespiesznej rozmowy o ostatnio czytanych książkach: "Ciszej proszę" i "Pułapki myślenia". Kto mi to da?








7 komentarzy:

  1. O! Ja też, ja też. GDZIEŚ bym pojechała, COŚ INNEGO bym zrobiła. Do końca roku urlop mi raczej nie wypali przez zmiany w firmie więc mogę pomarzyć. A wymarzyłabym sobie... może jakąś grecką wysepkę, dużo ryb, owoców morza... Ach.

    OdpowiedzUsuń
  2. Thuria - od dawna mam wrazenie, ze Twoi pracodawcy to taki najgorzy element kapitalistycznego krwiopijcy. O mlodych sie nie wypowiem - nie mam z takimi do czynienia w pracy.
    A pojechac - tez bym pojechal. Njalepiej do cieplych krajow, bo zimy to ja nie lubie.
    Ha - moze za rok?

    OdpowiedzUsuń
  3. Młodzież korzysta z komputera, ale niczego się nie uczy korzystając.
    Dla mnie to nie do wyobrażenia, żeby znając Worda nie nauczyć się jego podstawowych możliwości edytorskich, czy zasad pisania pism biurowych.
    Ja sobie na studiach już specjalnie kupowałam książki na ten temat po niemiecku, żebym wiedziała, jak takie pismo potem w pracy napisać!

    OdpowiedzUsuń
  4. iw - ja mam dziś sobie za złe, że na początku mojego obcowania z komputerem informatyk nakładł mi do głowy, żebym nie używał polskich znaków, które gdzieś za granicą mogą byc zupełnie nieczytelne. I ekekt dzisiaj mam taki, że cholernie mi trudno napisac cokolwiek z tymi polskimi znakami (nawiasem mówiąc moja klawiatura za cholerę nie chce napisac c z przeciniem u góry :)))))

    OdpowiedzUsuń
  5. @iw, proces, o którym piszesz obserwuję na swoim nastolatku - bez kompa nie potrafi funkcjonować, a przyzwoicie się nim posługiwać (oprócz gier) też nie. To jakaś dziwna kolizja, którą ja nazywam wysokofunkcjonalnym analfabetyzmem. Efekt jest taki, że młodzież JUŻ nie potrafi pisać "normalnie" - ręką, ani JESZCZE odpowiednio posługiwać się komputerem do czynności codziennych - tabelka z budżetem w excelu, pismo do US w Wordzie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Do jakże trafnego obrazu młodych-gniewnych-początkujących prawników dodać muszę jeszcze coś. Jak któryś/-aś okazuje się chętna do nauczenia tego, czego dotąd nie opanowała oraz "korona mi nie spadnie" gdy z życzliwym uśmiechem podniosę sprzątaczce szufelkę pozostali traktują jak przygłupa, co to nie ma szacunku dla siebie oraz do grupy zawodowej ;-))))
    Jakby to specyficzne środowisko najpierw nabierało dumy i pychy, a dopiero potem uzupełniało to doświadczeniem i wiedzą

    OdpowiedzUsuń
  7. @Zante, oni chyba uważają, już na etapie wybierania studiów i zawodu, że bycie bufonem i bubkiem jest elementem składowym etosu bycia prawnikiem. Oczywiście są wyjątki chlubne i warte odnotowania w annałach ludzkości, ale smuci mnie to, że to są wyjątki a nie reguła. Ale jeszcze bardziej doskwiera fakt, że dotyczy to zawodu lekarza i o dziwo: szeroko pojętego informatyka - w różnych specjalizacjach.

    OdpowiedzUsuń