piątek, 26 czerwca 2015

Macierzyństwo



http://www.tvn24.pl/krakow,50/26-latka-wyrzucila-niemowle-z-okna-zarzut-zabojstwa,554998.html
http://www.fakt.pl/wydarzenia/wyrzucila-niemowle-przez-okno-uslyszala-zarzuty,artykuly,554901.html
http://www.fakt.pl/wydarzenia/debica-matka-wyrzucila-3-miesieczna-coreczke-przez-okno,artykuly,554820.html
i inne artykuły. Niestety widać w nich, że do jednego wora wrzuca się matkę Madzi i tą kobietę. Nie wiem, jakie będą dalsze działania i badania, ale przeraża mnie jedno: straszliwa ignorancja w dziedzinie zrozumienia takich zjawisk jak depresja poporodowa, leczenie psychiatryczne, opieka psychologiczna, choroba psychiczna. Teraz nie straszy się już gejami, żydami, komuchami i katolami. Teraz głównym chłopcem do bicia stały się osoby chore psychicznie i z zaburzeniami. Komentarze internautów są żenujące - poza nielicznymi wyjątkami. Ale to co piszą dziennikarze? Nie odróżniają leczenia psychiatrycznego od psychologa. Sformułowania stygmatyzujące osobę chorą. Powtarzanie opinii przechodniów i sąsiadów bez komentarza eksperta. Poza jednym, który dodał niezbyt przekonywająco, że poród może "aktywować" ukrytą chorobę. W sieci jest mnóstwo artykułów o depresji poporodowej. Są fora matek, grupy wsparcia dla kobiet, dla których macierzyństwo nie okazało się pasmem uśmiechów, gugania, różowych ciuszków i zapachu mleka. A po takiej akcji jak ta wokoło zdarzenia coraz więcej kobiet będzie się zamykało przed światem i cierpiało w milczeniu, zamiast pójść do lekarza, pomóc sobie. Zamiast pomocy napotkają ostracyzm. Większość już wydała wyrok, zanim dowiedziała się czy mamy do czynienia z choroba psychiczną (źle), depresją poporodową (w Polsce, kobieta nie ma prawa mieć czegoś takiego), czy "zwykłym" dzieciobójstwem. Nikt nie zadaje sobie trudu by zadać pytania: jaką ta kobieta miała pomoc po porodzie? Czy została sama? Czy mąż i matka (teściowa?) byli dla niej wsparciem, czy też raczej ograniczali się do komentarzy, że ma skończyć z fanaberiami? Jakie leczenie podjęła? Z jakim efektem? Czasami mijają 2-3 tygodnie zanim leki zanim zaczną działać. Tyle pytań. Na ile znamy już odpowiedź by móc wydawać wyrok?

Głodnemu chleb na myśli

W ramach przygotowań do badania endoskopowego żołądka nie jadłam nic od wczorajszego popołudnia. Dziś po zabiegu miałam jeszcze przez godzinę szlaban na jedzenie. Wracając do domu mijam nowopowstały lokal. Moje krótkowzroczne oczy dostrzegły zachęcający szyld: FLACZKI, CYNADERKI pisane w starym stylu. Ach, mój biedny żołądek. No nic, idę dalej, podchodzę bliżej, a tu takie rozczarowanie! Napis głosi: FAJKI, CYGARETKI.


niedziela, 10 maja 2015

Za mundurem panny sznurem...piknik militarny w Wolsztynie

I jak tu nie kochać ludzi, którzy takie cacuszka doprowadzają do stanu dawnej świetności i pokazują żywą historię. Zdjęcia jeszcze pachną cyfrową świeżością - zrobione dziś, na pikniku militarnym w Wolsztynie. Udało się zrobić parę fotek nim zimny wiatr przegonił nas z lasu. A tu link do organizatorów: WTTM Wolsztyn

Czapajew

Ambulans

Ambulans

Harley-Davidson policyjny z pełnym wyposażeniem

Harley-Davidson - detale

Harley-Davidson - klakson
Harley-Davidson - sylwetka

WLA 42 (?) kanadyjska wersja

"Na warcie stoisz synku?" :) - kto wie, skąd ten cytat?

Motocykle Ural

W kolejności: Pepesze z różnych lat i PM wzór 42, albo 43.

I zaczynamy od nowa.

No i zaczęło się. Rozbujała się wiosna. Rozszalała. Wszyscy biegają z aparatami i wrzucają do sieci piękne, piękniejsze i najpiękniejsze zdjęcia: kwiatków, ptaszków, zielsk i nieba. No to i mnie się jakoś trza wpisać w ogólny trend i zaprezentować najprawdziwsze zdobycze idiotenkamery:

Truskawki w doniczce na tarasie - zapowiedź ekosmaku.

Tygrys na dachu też lubi słońce.

Kwitnąca sosna

Afryka w domu - fiołek afrykański

poniedziałek, 16 lutego 2015

Politycznie

Czasami najlepszy komentarz nie musi być wprost. :)

Krnąbrny Dyzio
Andrzej Waligórski

Mama jęczy, tato kwęka,
Babcia lamentuje
Dyzio nie chce kuszać mięska,
Od wczoraj głoduje!
Nie chce także zjadać zupki,
A nawet piernika,
Nie ma z czego zrobić kupki,
Prawie nic nie sika.
Dyzio dawno już się żalił
Że go nie kochają,
Wreszcie w przejściu się uwalił,
Pół chałupy zajął.
Wuj miał jechać w delegację
A tu drzwi zaparte,
Dalejż więc w negocjacje
Z upartym bękartem!
Gadu-gadu, radu-radu,
Mecz na postulaty:
- Możesz leżeć bez obiadu,
Lecz nie blokuj chaty!
- Dyziu, ja do sklepu muszę,
Posuń się, nie szalej!
- A ja kurwa się nie ruszę,
Błagajta mnie dalej!
Wreszcie zawezwano stryja
A stryj był osiłek,
Jedną ręką łaps za ryja,
Drugą łaps za tyłek!
Poczem Dyzia jak nie kopnie
Kościstym kolanem!
Dyzio wrzasnął raz okropnie
I znikł pod tapczanem.
Wnet mu przeszło głodowanie,
Innym już nie szkodzi,
Ożywiło się mieszkanie
Można po nim chodzić!
Mamy z tego konstatację,
A nawet myśl złotą:
Że dobre są pertraktacje,
Ale nie z idiotą.

wtorek, 3 lutego 2015

Pochwała kłamstwa

Szczerość (Andrzej Waligórski)

Bardziej od węży, glist oraz kretów
Nie znoszę różnych szczerych facetów.
A szczery facet, to facet taki
Co ma na dłoni serce i flaki,
I przy spotkaniu powiada krótko:
- Wiesz, twoja żona żyje z Kociutką!
Wszystko to szczera prawda i racja
Lecz po cóżeż mi ta informacja?
Zmartwienie z tego tytułu tycie,
Żyje z Kociutką... Co to za życie?
Reasumując sprawę pokrótce
Musiał bym teraz dać w pysk Kociutce,
A on poczyta mnie za idiotę,
Bo wie, że ja wiem już sześć lat o tem...
Więc gdyby można, to wszystkich szczerych
Wziąłbym i wysłałbym na galery.
Wolę już kłamstwa, choćby najprostrze:
- Wiesz, tak wyglądasz, że ci zazdroszczę!
- Twój wiersz ostatni był doskonały!
- Trochę ci jakby włosy zgęstniały!
- Ach, twoja żona, to jak z ołtarza...
Chętnie uściskałbym tego łgarza,
Ale już odszedł, a - na mą mękę -
Wraca ten szczery, szczerząc paszczękę,
Lecz to szczerości jego ostatnie,
Bo się dziś na mnie paskudnie natnie...
- Jak się masz stary, czyś ty nie chory?
Masz pod oczami ogromne wory!
...odszedł, wydając z siebie jęk głuchy...
Precz ze szczerymi! Wiwat kłamczuchy!

Czy szczerość, taka prosto z mostu, waląca między oczy jest zawsze dobra? Czy pomaga czy szkodzi? Czy jest to szacunek czy nie dla cudzych uczuć? Oszczędzamy cierpienia, czy dodajemy?

Hmm...

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Dieta cud.

Przechodzę na dietę. Z oszczędności. Idą ciężkie czasy.

niedziela, 11 stycznia 2015

Prezent od Przyjaciół - Mister Barańczak. My Master!

Dostałam prezent na urodziny - bilety na spektakl. https://www.youtube.com/watch?v=aaIY3krRNmc - tylko przyjaciele mogą sprawić taki prezent. Bo mnie znają i wiedzą co lubię.

Spektakl odbył się 9 stycznia.

Wieczór był mokry i wietrzny. Pogoda oszczędziła nam tylko intensywnego deszczu, który mógłby zniszczyć moją misterną fryzurę i zapaskudzić wyglansowane buty Niesakramentalnego. Żeby zadać wyprawie większego luksusu, zajechaliśmy pod teatr taksówką. Taksówkarz uznał jednak, że plebs wiezie, choć cedząc przez zęby słowa "D-o-t-e-a-t-r-u-n-o-w-e-g-o" wskazałam kierunek naszej wielce kulturalnej wyprawy, bo zatrzymał się z drzwiami pasażera nad kałużą. Niesakramentalny chciał płaszcz ścielić, cobym suchą stopą przeszła. Obyło się jednak bez poświęceń, bo szkoda było wełnianego kubraka. Ale gest doceniam. 

W foyer teatru ludzi masa, tylko jakoś dziwnie poubierana. Jakby z domu na zakupy do marketu przyszli i płaszcz do szatni oddać musieli. Myśleliśmy, że może jakiś Picnic się odbywa, ale nie, wszyscy parli w jedną stronę - do toalety. Może w domu awarie jakąś mieli. Czasem tak bywa - całe osiedla z kanalizy wyłączone. Trzeba mieć zrozumienie. Później Niesakramentalny sprawdził w antrakcie, że tam jeszcze knajpka obok była, ale do tego podeszłam bez zrozumienia, bo nie uważam, że spektakl był nie do strawienia bez dwóch głębszych.

Zasiedliśmy w najlepszych miejscach przed sceną. VIP-owskie chyba, bo i słychac było wszystko i widać całościowo, i nikt z koafiurą wielkości Kilimandżaro nie zasłaniał. Z napięciem oczekiwaliśmy na rozpoczęcie wyjmowania przez współwidzów popkornu, naczosów i bigosu, ale nic takiego na szczęście nie nastąpiło. Za to zauważyłam rzecz dziwną, ale w teatrze byłam ostatni raz przed wojną, więc może zwyczaje się zmieniły, i ludzie. Otóż kwestie stroju pominę taktownym milczeniem, choć uważam, że nawet idąc bezpośrednio z uczelni czy pracy do teatru, swetry jak ze stoku, legginsy i ugg'sy nie przystoją w świątyni sztuki. Zadziwił mnie za to zwyczaj wielu pań. Białogłowy po rozmoszczeniu się w teatralnym fotelu, na kolana stawiały, nie torebkę, nie torbę nawet, ale walizkę, wypełnioną po brzegi, jakby w podróż się jakąś wybierały. Po czym wydobywały zeń, a to butelki z wodą (bo w czasie 2 godzin spektaklu pewnie ich cery wyschłyby na wiórek), a to kremy wszelakie, do rąk głównie, ale i do ust, jakby spa urządzały. Nie można było tego w domu nałożyć, a poprawić w toalecie na dole, by wyglądać świeżo i pachnąco? Potem w ruch poszły chusteczki, lusterka, smartfony i ponownie kremy do rąk, bo przecież dama zadbane ręce musi mieć (a w czasie 2 godzin spektaklu pewnie wyschłyby na wiórek).

Kiedy wybrzmiał już trzeci dzwonek panie poczęły zamykać kosmetyczki, suwaki toreb i zatrzaskiwać sprzączki, po czym układać sobie wygodnie swoje marynarskie wory na kolanach.

Światła zgasły i szok. Po trzecim dzwonku, punktualnie, BEZ REKLAM, rozpoczął się spektakl. Dla niektórych musiało to być wielkim zaskoczeniem, bo z rozpędu nie zdołali jeszcze ust zamknąć i chwilę to trwało nim zrozumieli, że to nie kino.

A potem, potem, ach, to była uczta dla ducha: i wzruszenie, i śmiech, i zaduma. I niezwykłość interpretacji wierszy po tylekroć czytanych dla siebie w swojej głowie, dla najbliższych, półszeptem, albo z czkawką rozbawienia, kiedy rzecz szła o Poliględźbach i rymie do cietrzewia. Jeśli ktoś zechce są i zdjęcia (do recenzji), ale porządne, nie moje, bo ich nie robiłam z oczywistych względów. recenzja + zdjecia

Ciekawe dwie rzeczy się zdarzyły w czasie spektaklu. Jedna to taka, że zaraz na początku, a przypominam, że to pierwszy spektakl po śmierci Barańczaka, w nagłym czerwonym płomieniu, spalił się reflektor oświetlający aktora w rogu sceny, M. Puchalskiego, grającego samego Barańczaka. Metaforycznie to wyglądało. Salę zasnuł dym na chwilę. Ale mimo lekkiego niepokoju wśród widzów, aktorom nawet powieka nie drgnęła i grali, jakby to był zaplanowany element spektaklu. Drugi przypadek, to jednak wynik zasiadania na widowni buraka, który nie wyłączył komórki. Kiedy aktor wiersz deklamował, śmieszny raczej w treści, ale zachować należało powagę, gdyż parafrazą był podniosłej poezji, zadzwoniła komórka powszechnie znaną starą melodyjką na nokię "zabiłem byka". I biedny artysta się ugotował. :)))

Z teatru wyszłam zachwycona, przejęta i z niedosytem, gdyż poezji Barańczaka i jego kunsztu translatorskiego mi ciągle mało.

Niesakramentalnemu też się podobało. Jego recenzja brzmiała tak: "Było zaj***e". Krótko i treściwie. :)))) I teraz już wie, dlaczego tak kocham poezję Barańczaka. Sam nawet wzruszył się prawdziwie, po męsku przy pewnym wierszu, który i mnie się podoba, ale tylko męska dusza i wspólnota doświadczeń z poetą, gwarantują przeoranie duszy i dotknięcie tego co najgłębsze.

A takie właśnie przeżycia gwarantuje nam Stanisław Barańczak - jeśli tylko sięgnięcie po jego twórczość: poetycką i translatorską. 

Epitafium własne
Życie to żart - po tamtej stronie podejrzenie
Miałem, że to sąd mylny. Widzę po tej, że nie. 
Sir Walter Ralegh (tłum. S. Barańczak)