poniedziałek, 26 stycznia 2015

Dieta cud.

Przechodzę na dietę. Z oszczędności. Idą ciężkie czasy.

niedziela, 11 stycznia 2015

Prezent od Przyjaciół - Mister Barańczak. My Master!

Dostałam prezent na urodziny - bilety na spektakl. https://www.youtube.com/watch?v=aaIY3krRNmc - tylko przyjaciele mogą sprawić taki prezent. Bo mnie znają i wiedzą co lubię.

Spektakl odbył się 9 stycznia.

Wieczór był mokry i wietrzny. Pogoda oszczędziła nam tylko intensywnego deszczu, który mógłby zniszczyć moją misterną fryzurę i zapaskudzić wyglansowane buty Niesakramentalnego. Żeby zadać wyprawie większego luksusu, zajechaliśmy pod teatr taksówką. Taksówkarz uznał jednak, że plebs wiezie, choć cedząc przez zęby słowa "D-o-t-e-a-t-r-u-n-o-w-e-g-o" wskazałam kierunek naszej wielce kulturalnej wyprawy, bo zatrzymał się z drzwiami pasażera nad kałużą. Niesakramentalny chciał płaszcz ścielić, cobym suchą stopą przeszła. Obyło się jednak bez poświęceń, bo szkoda było wełnianego kubraka. Ale gest doceniam. 

W foyer teatru ludzi masa, tylko jakoś dziwnie poubierana. Jakby z domu na zakupy do marketu przyszli i płaszcz do szatni oddać musieli. Myśleliśmy, że może jakiś Picnic się odbywa, ale nie, wszyscy parli w jedną stronę - do toalety. Może w domu awarie jakąś mieli. Czasem tak bywa - całe osiedla z kanalizy wyłączone. Trzeba mieć zrozumienie. Później Niesakramentalny sprawdził w antrakcie, że tam jeszcze knajpka obok była, ale do tego podeszłam bez zrozumienia, bo nie uważam, że spektakl był nie do strawienia bez dwóch głębszych.

Zasiedliśmy w najlepszych miejscach przed sceną. VIP-owskie chyba, bo i słychac było wszystko i widać całościowo, i nikt z koafiurą wielkości Kilimandżaro nie zasłaniał. Z napięciem oczekiwaliśmy na rozpoczęcie wyjmowania przez współwidzów popkornu, naczosów i bigosu, ale nic takiego na szczęście nie nastąpiło. Za to zauważyłam rzecz dziwną, ale w teatrze byłam ostatni raz przed wojną, więc może zwyczaje się zmieniły, i ludzie. Otóż kwestie stroju pominę taktownym milczeniem, choć uważam, że nawet idąc bezpośrednio z uczelni czy pracy do teatru, swetry jak ze stoku, legginsy i ugg'sy nie przystoją w świątyni sztuki. Zadziwił mnie za to zwyczaj wielu pań. Białogłowy po rozmoszczeniu się w teatralnym fotelu, na kolana stawiały, nie torebkę, nie torbę nawet, ale walizkę, wypełnioną po brzegi, jakby w podróż się jakąś wybierały. Po czym wydobywały zeń, a to butelki z wodą (bo w czasie 2 godzin spektaklu pewnie ich cery wyschłyby na wiórek), a to kremy wszelakie, do rąk głównie, ale i do ust, jakby spa urządzały. Nie można było tego w domu nałożyć, a poprawić w toalecie na dole, by wyglądać świeżo i pachnąco? Potem w ruch poszły chusteczki, lusterka, smartfony i ponownie kremy do rąk, bo przecież dama zadbane ręce musi mieć (a w czasie 2 godzin spektaklu pewnie wyschłyby na wiórek).

Kiedy wybrzmiał już trzeci dzwonek panie poczęły zamykać kosmetyczki, suwaki toreb i zatrzaskiwać sprzączki, po czym układać sobie wygodnie swoje marynarskie wory na kolanach.

Światła zgasły i szok. Po trzecim dzwonku, punktualnie, BEZ REKLAM, rozpoczął się spektakl. Dla niektórych musiało to być wielkim zaskoczeniem, bo z rozpędu nie zdołali jeszcze ust zamknąć i chwilę to trwało nim zrozumieli, że to nie kino.

A potem, potem, ach, to była uczta dla ducha: i wzruszenie, i śmiech, i zaduma. I niezwykłość interpretacji wierszy po tylekroć czytanych dla siebie w swojej głowie, dla najbliższych, półszeptem, albo z czkawką rozbawienia, kiedy rzecz szła o Poliględźbach i rymie do cietrzewia. Jeśli ktoś zechce są i zdjęcia (do recenzji), ale porządne, nie moje, bo ich nie robiłam z oczywistych względów. recenzja + zdjecia

Ciekawe dwie rzeczy się zdarzyły w czasie spektaklu. Jedna to taka, że zaraz na początku, a przypominam, że to pierwszy spektakl po śmierci Barańczaka, w nagłym czerwonym płomieniu, spalił się reflektor oświetlający aktora w rogu sceny, M. Puchalskiego, grającego samego Barańczaka. Metaforycznie to wyglądało. Salę zasnuł dym na chwilę. Ale mimo lekkiego niepokoju wśród widzów, aktorom nawet powieka nie drgnęła i grali, jakby to był zaplanowany element spektaklu. Drugi przypadek, to jednak wynik zasiadania na widowni buraka, który nie wyłączył komórki. Kiedy aktor wiersz deklamował, śmieszny raczej w treści, ale zachować należało powagę, gdyż parafrazą był podniosłej poezji, zadzwoniła komórka powszechnie znaną starą melodyjką na nokię "zabiłem byka". I biedny artysta się ugotował. :)))

Z teatru wyszłam zachwycona, przejęta i z niedosytem, gdyż poezji Barańczaka i jego kunsztu translatorskiego mi ciągle mało.

Niesakramentalnemu też się podobało. Jego recenzja brzmiała tak: "Było zaj***e". Krótko i treściwie. :)))) I teraz już wie, dlaczego tak kocham poezję Barańczaka. Sam nawet wzruszył się prawdziwie, po męsku przy pewnym wierszu, który i mnie się podoba, ale tylko męska dusza i wspólnota doświadczeń z poetą, gwarantują przeoranie duszy i dotknięcie tego co najgłębsze.

A takie właśnie przeżycia gwarantuje nam Stanisław Barańczak - jeśli tylko sięgnięcie po jego twórczość: poetycką i translatorską. 

Epitafium własne
Życie to żart - po tamtej stronie podejrzenie
Miałem, że to sąd mylny. Widzę po tej, że nie. 
Sir Walter Ralegh (tłum. S. Barańczak)